czwartek, 7 marca 2013

I'm...GAY?!...no, just a zombie...


Wiecznie żywy
   Pierwsze zdanie, które przychodzi mi na myśl kiedy myślę o opisie tego filmu? Pozytywne zaskoczenie. Tak, bo wybrałam się do kina na jakąś komedyjkę w stylu „Zmierzchu” o zakazanej miłości, o dwóch światach, które może połączyć tylko miłość dwójki ich przedstawicieli. Ogólnie mówiąc nie spodziewałam się czegoś nadzwyczajnego. A tu proszę. Wróciłam do domu z bananem na buzi i z bardzo fajnym wieczorem na koncie. I teraz czas na pozdrowienia dla mojej koleżanki Pandy :D
   „Wydawać by się mogło, że w świecie, w którym umarli powstają z grobów a słowa „życie” i „śmierć” tracą swoje znaczenie, nie ma już miejsca na miłość. Nic bardziej mylnego! Pewnego dnia córka wojskowego (Teresa Palmer) odpowiedzialnego za eksterminację nieumarłych Julie spotyka niezwykle przystojnego R(Nicholas Hoult). Między obojgiem od razu zaczyna iskrzyć. Nie ma tu żadnego znaczenia, że serce chłopaka już od dawna… nie bije. Ich miłość jest z jednej strony skazana na niepowodzenie, ale z drugiej daje szansę, na zbudowanie mostu między życiem i śmiercią. Dzięki nim może zakończyć się konflikt między ludźmi i martwymi.”
   No i powiedzcie, czy opis nie daję do myślenia osobie, która nie ma ochoty na łzawy wieczór w towarzystwie zakochanych zombie? Owszem, daje. Ale w końcu, nie oglądniesz, nie ocenisz. Tak więc, ja oglądnęłam, i bardzo, bardzo się z tego cieszę.
Pierwszy fenomen tego filmu: Gika leży w kinowym fotelu i ryczy ze śmiechu w pierwszych sekundach.  Nie pamiętam kiedy ostatni raz miałam coś takiego. W każdym razie dawno. A dlaczego rżałam? Widzimy plecy odziane w dość brudną czerwoną bluzę ( do niej jeszcze wrócimy) i już teraz możemy się domyślić, że to nasz zombiak R. Ale nie to jest ważne. Ważny jest jego pierwszy z monologów wewnętrznych które stanowią chyba tę najśmieszniejszą część filmu: „Co ja mam z tego życia? Garbię się, słabo jem, jestem blady. Ach tak zapomniałem, ja nie żyję”. I już wiem, ze ten film nie może być słaba komedyjką i melodramatem w stylu „Zmierzchu”, ale idźmy dalej…
   Jesteśmy w świecie gdzie mieszkańcy, którzy nie zostali zarażeni przez truposzów, żyją w wytyczonym przez mur sektorze. I tu pojawia się grupa młodych ludzi z karabinami w ręku. A wśród nich całkiem ładna blondynka, na którą najczęściej najeżdża kamera, i tu mój wielce inteligentny mózg kojarzy fakty i wykrzykuje : „To musi być Julie!”. Oczywiście to JEST Julie, a ja mogę choć przez chwile poudawać, że nie jestem tępa :D
   I mamy scenę, kiedy ta sama grupa nastolatków zbiera potrzebne leki z jakieś opuszczonej apteki, a w między czasie ZUPEŁNIE niespodziewanie, bardzo kulturalnie przybywa grupa zombie, żeby w spokoju zjeść obiad składający się z mózgów tej oto przeuroczej grupki. Wśród nich jest oczywiście R. I zaczyna się coś w stylu jatki, a nasz główny bohater znowu prowadzi swój monolog. A co w nim takiego zabawnego? Otóż wyobraźcie sobie scenę, w której krwiożerczy potwór walczy ze swoją ofiarą, aby ją ugryźć i nagle w stop-klatce, która zatrzymuję się na jego rozwścieczonej twarzy, pada stwierdzenie:
„Niezły zegarek” :D
   Następnie: sceny w samolocie.  Julie i R ,ich dialogi plus monologi wewnętrzne równa się: Boże, boziu, ojej, jakie to słodkie…
Po pierwsze:
„My na..na..name is Rrrrrrrrrrrr”…. I pan Hoult, który ze swoimi naiwnymi oczkami jest po prostu rozbrajający.
Po drugie:
„Okej, okej tylko spokojnie: don’t be creepy, don’t be creepy”, „Ta randka nie idzie zbyt dobrze. Znów chcę umrzeć” i „Powiedz coś w stylu ludzi: o jak się masz?” . Kolejne z serii „ R wymiata”.
Po trzecie:
Mój dialog z Pandą:
„-Ej no, ale on jest przecież cudny, że niby co jej w nim przeszkadza?
-Och no wiesz, może te resztki mózgu na zębach?” :P
   Później mamy rzecz, która niezbyt mi się podobała, czyli nieco tandetny numer z ożywiającymi się, czerwonymi, bijącymi sercami. Nie mówię, miało to tam jakiś swój urok, ale można było to rozwiązać w inny sposób.
   Kolejne:
Seria „ Po co uciekasz, idiotko?”. Czyli Julie, która postanawia kilka razy wyjść na spacer na lotnisko pełne głodnych truposzy. Nie ma co, clever girl…
1. Tekst, który powtórzył się chyba z cztery razy:
„-Not, not save..
-Ok., I get that…”
Czyli R martwiący się o głupią Julie i ona olewająca go za każdym razem, udająca że go słucha.
2. „-B..b…bądź nie..nieżywa
*seria ruchów Julie, które rozwalają pod każdym kontem*
-Yyy…za bardzo”
3. Najlepszy przyjaciel R, zombie do którego jeszcze wrócę, widząc July woła:
„Jeść! Jeść! Jeść!”
Boże, brachu. Jak ja dobrze Cie rozumiem…
    I teraz aspekty, które są nieco dziwne, więc albo są niedopatrzeniem, albo to ja jestem upierdliwa.
Po pierwsze:  July była wśród zombie koło tygodnia. Nie miała prysznica, kosmetyków, nic. A mimo to, jej włosy ani razy nawet nie wyglądają na przetłuszczone. 3,2, 1 foch. Też tak chcę.
Po drugie:  Wracamy do czerwonej bluzy. Kiedy już R wygląda trochę bardziej jak człowiek po pewnych zabiegach, czyli pełnym makijażu, zmianie fryzury itp. ( a to wszystko przy dźwiękach „Pretty woman” :D ) nasuwa się pytanie: dlaczego, do cholery, nie zmienicie tej bluzy?!
   The next one: scena rodem z filmów wojennych, czyli początek rebelii:
„R: Pomożecie?
Zombie: grgrgrggrgr
Kumpel R: Oni mówią cos w stylu: Fuck Yeah”. Leżę :D
   Następna sprawa  dowodzi, że naprawdę jestem dziwna.  Bo w końcu oglądam film o zombie, tak? Film, który kręci się wokół jednego wątku miłosnego. Ale ja widzę nie tylko relacje R- July. Ludzie, ja wszędzie widzę gejów :D
Bo chyba tylko ja potrafię wydrzeć się w kinie na cały głos, kiedy Best Friend R  mówi do jakieś kobiety:
-Hello, my..my..name. is….
I tu wkraczam ja
-GAY?!
Och i jaki był mój zawód, gdy okazało się, że odpowiedź brzmi „Marcus”.
Ale to nie wszystko. Ja poszłam krok dalej i zparingowałam Marcusa i ojca July…wiem, jestem dziwna :P
   Jeszcze jedna rzecz: scena kiedy July i R uciekają przed tymi innymi brzydszymi zombie: Po co i gdzie oni biegną? Albo ja jestem tępa( ok, jestem :P), albo to trochę bez sensu.
   I wreszcie sceny końcowe:
Pewnie dla większości ludzi wielce wzruszająca:
-Tato, on krwawi!
Ta, a moja reakcja wyglądała mniej więcej tak:
-No zajebiście po prostu, ale zaraz przestanie, bo się WYkrwawi!
    I przesłodka scena, pokazująca, że wszystko jest very good. A wśród tego bawiące się w chowanego upiorne dzieci z lotniska O.o
   Jak podsumować ten film? Fajny, poprawiający humor. Ze świetnymi tekstami. Idealny seans na wieczór w towarzystwie.  Ale, proszę was bardzo, jeśli go oglądniecie: zwróćcie uwagę na Marcusa i Ojca July. No czy to nie jest wspaniałe? :D
I jeszcze raz błagam, trzymajcie kciuki w sobotę J

3 komentarze:

  1. Kocham chodzić z tobą do kina, jesteś świetna!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też kocham chodzić z tobą do kina :D Wiesz, że seans nam uciekł? :(

    OdpowiedzUsuń
  3. Chciałam na to iść, ale wszyscy mówili, że to takie badziewie ... A tu proszę ! :) Miłe zaskoczenie :D Chyba jednak skuszę się i oglądnę :))

    OdpowiedzUsuń