The Bling Ring
Na ten film czekałam prawie rok. Ze względu na Sofie
Coppole, Emmę Watson, ciekawą fabułę. Czy warto było czekać? Hmm… Cóż, spodziewałam się czegoś innego.
„Historia, którą reżyserka opowiada w swoim najnowszym
filmie, jest dość prosta. Grupa młodych, naiwnych ludzi, w pogoni za sławą i w
fascynacji za celebrytami, postanawia swoich ulubieńców pookradać, przy okazji
dobrze się bawiąc i realizując swoje marzenia. Przeżywają niezapomniane chwile
i wielkie imprezy, a wożą się szybkimi samochodami i noszą niezwykle drogie
(oczywiście kradzione) ubrania. Wszystko idzie jak po maśle i bez konsekwencji,
jednak szczęście nie trwa wiecznie. Gdy przyjdzie do wzięcia odpowiedzialności
za swoje czyny, młodzi ludzie pokażą się z najgorszej strony, udowadniając jak
bardzo są bezmyślni i nieodpowiedzialni”.
Zaczynamy. Po pierwsze, nie byłam przygotowana na motyw
samotnego chłopca, który zmienia szkołę i szuka przyjaciół jaki wprowadza do
filmu postać Marca, ale dlaczego nie? Czepiać się nie zamierzam. Niech sobie
żyje, kradnie co tam chce, zwłaszcza że film jest oparty na faktach.
No właśnie. Fakty. Jakoś trudno jest mi uwierzyć, że ten
proceder mógł trwać tak długo jak to zostało pokazane w filmie. Nawet ktoś kto
zarabia po kilka milionów miesięcznie musi zauważyć, że z jego domu znikają
rzeczy o podobnej wartości. Ale to jest Holywood. W sumie tam wszystko jest
możliwe, można nawet ukraść samochód spod domu sąsiadów i nikt nie będzie go
szukał. Taka magia.
Akcja „Bling Ring”
zaczyna się, toczy i kończy bardzo
szybko. Ot, wyrzutek, którego uważają za kosmitę, wsiada sobie do samochodu z
dziewczynami, które śpiewają na głos wszystkie piosenki z radia, okrada kilka
samochodów i… puf… nagle jest gwiazdą klubów wybrzeża.
Ale to nie wystarczy.
Odpowiedzcie mi na pytanie. Jak bardzo trzeba być
pozbawionym zdrowego rozsądku i instynktu samozachowawczego, żeby wyszukać w google adres celebryty i po prostu
go odwiedzić? Och, co tam że bez jego wiedzy? Wychodzi na to, że w Holywood
mamy nie opowiadają swoim dzieciaczkom jak to nie można niczego pożyczać bez
czyjejś wiedzy. A może właśnie opowiadają, tylko te małe potworki są wtedy
zajęte oglądaniem programów, którym głównym tematem są Ci, których w
przyszłości okradną.
A teraz odpowiedzcie mi na drugie pytanie. Jak durnym trzeba
być, żeby trzymać klucz do wartej kilka miliardów willi pod wycieraczką?! To
już jest tak amerykańskie, że aż boli.
Wracając do pierwszego pytania. Bohaterowie „Bling Ring” to
po prostu nastolatkowie, którzy nie mają w głowie żadnego, choćby marnego
zarysu jakichkolwiek konsekwencji. W sumie czemu się tu dziwić? Dzieci uczone w
domu przez matkę na podstawie jakieś dziwnej psychologii, chłopak (właśnie, czy
Marc jest gejem?), który odpoczywa na łóżku w różowych szpilkach, dziewczyna,
która okrada ludzi, którzy, całkiem możliwe, mają mniej kasy niż ona sama.
Towarzystwo raczej nietuzinkowe.
I właśni Ci oto ludzie postanawiają poodwiedzać domy gwiazd ( przy okazji zabrać z nich
rzeczy o wartości kilku milionów dolarów, takie tam). I wszystko idzie gładko.
Jest fajnie. Są ciuchy, są imprezy, są zdjęcia na facebooku. I czy nikomu z was
po pewnym czasie nie zapaliłaby się z tyłu głowy czerwona lampka pod hasłem
„Dość! Wystarczy!”? No właśnie. Ciekawe jest to, że jeśli chodzi o większość bohaterów właśnie to się
dzieje. Ale nie przestają. Dlaczego? Przez zdanie, które bardzo często pada w
tym filmie: „Przestań. Jest w porządku”. No w takim razie co tam, chodźmy po
kolejną partie ciuchów Channel. Dzień jak co dzień.
Więc nasi przeuroczy złodzieje bawią się, piją, wciągają
kokainę (czemu jest poświęcona dość obszerna część filmu. Po co? Nie mam
pojęcia) bawią się w klubach, jeżdżą po mieście nieswoimi samochodami za
pieniądze ludzi, których możemy zobaczyć na pierwszych stronach gazet.
I nagle… niespodzianka… pojawia się wymiar sprawiedliwości.
Wow. Trochę wam się zeszło kochani.
Mamy zaskoczenie chyba ze wszystkich stron: rodzice są
zaskoczeni, że ich dzieci mogły coś takiego zrobić ( serio nikt nie był w
stanie zauważyć masy nowych ciuchów i przypływu gotówki?), dzieci są
zaskoczone, że zostały nakryte, media są zaskoczone, że grupa dzieciaków
obrabowała tak dobrze strzeżone domy, a gwiazdy są zaskoczone, że ich szef
ochrony jeszcze ma u nich pracę. Czy my jesteśmy zaskoczeni? No
właśnie…niezbyt. A szkoda.
Myślę nad tym jak podsumować ten film. Nie jest to komedia.
Nie jest to kryminał. To film, który mnie bardzo zasmucił.
Smutne jest to do jak wielu rzeczy jesteśmy zdolni aby się
„wpasować”, żeby nie zawieść tych, od których jesteśmy zależni: naszych
„przyjaciół”. Myślę tu o Marcu i Becce. A i tak wszystko sprowadza się do tego,
że każdy tak naprawdę dba tylko o swój interes.
Jednak to co mnie przeraziło to ta mania na punkcie gwiazd.
Przecież tak naprawdę to tylko zwykli ludzie, którym się w życiu poszczęściło i
mają dużo kasy. Czy to dobry materiał na autorytet? Nie jestem pewna. Bo
niestety, ale bycie gwiazdą bardzo rzadko wiąże się z posiadaniem
jakiegokolwiek talentu lub czegoś mądrego do powiedzenia. Pół biedy jeśli
mówimy o autorytecie. Ale to co możemy zobaczyć w tym filmie posuwa się o krok
dalej. Ci ludzie nie chcą być JAK te osoby. Oni chcą nimi BYĆ. I niestety coraz
częściej zauważam to samo nawet wśród moich własnych znajomych. Nie jest ważne
to co masz do zaoferowania, ważne jest to jakie nosisz ciuchy, czy słuchasz
muzyki ,której słuchają wszyscy, czy masz znajomych, których znają wszyscy. I
właśnie to sprawia, że ten film mnie smuci.
sceną, która mnie szczerze rozbawiła była ta końcowa ,kiedy
postać Nicki grana przez Emmę Watson opowiada o swoich przeżyciach na łamach
Talk-Show. Może był to śmiech przez łzy ale jednak, szczery. Mimo wszystko to troszkę zabawne jak ta
dziewczyna wykorzystuje, każdy, nawet najmniejszy skrawek blasku reflektorów,
do zdobycia szansy na to, że może pewnego dnia to jej dom okradną nastolatki z
manią bycia częścią show-biznesu.
A morał tej historii jest krótki i niektórym znamy: nie
kradnij kochany, słuchaj mamy, chyba że uwielbiasz pomarańczowe kombinezony
więzienne.
Nie ukrywam, że „Bling Ring” nieco mnie zawiódł. Po temacie,
reżyserce i obsadzie spodziewałam się czegoś do czego będę chciała często
wracać, czegoś co mnie zaskoczy w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Nie mówię, że jest słaby film. Bo nie jest. Może po prostu
za wysoko postawiłam mu poprzeczkę.