Wiecznie żywy
Pierwsze zdanie, które przychodzi mi na myśl kiedy myślę o
opisie tego filmu? Pozytywne zaskoczenie. Tak, bo wybrałam się do kina na jakąś
komedyjkę w stylu „Zmierzchu” o zakazanej miłości, o dwóch światach, które może
połączyć tylko miłość dwójki ich przedstawicieli. Ogólnie mówiąc nie
spodziewałam się czegoś nadzwyczajnego. A tu proszę. Wróciłam do domu z bananem
na buzi i z bardzo fajnym wieczorem na koncie. I teraz czas na pozdrowienia dla
mojej koleżanki Pandy :D
„Wydawać by się mogło, że
w świecie, w którym umarli powstają z grobów a słowa „życie” i „śmierć” tracą
swoje znaczenie, nie ma już miejsca na miłość. Nic bardziej mylnego! Pewnego
dnia córka wojskowego (Teresa
Palmer) odpowiedzialnego za eksterminację nieumarłych Julie
spotyka niezwykle przystojnego R(Nicholas
Hoult). Między obojgiem od razu zaczyna iskrzyć. Nie
ma tu żadnego znaczenia, że serce chłopaka już od dawna… nie bije. Ich miłość
jest z jednej strony skazana na niepowodzenie, ale z drugiej daje szansę, na
zbudowanie mostu między życiem i śmiercią. Dzięki nim może zakończyć się
konflikt między ludźmi i martwymi.”
No i powiedzcie, czy opis
nie daję do myślenia osobie, która nie ma ochoty na łzawy wieczór w
towarzystwie zakochanych zombie? Owszem, daje. Ale w końcu, nie oglądniesz, nie
ocenisz. Tak więc, ja oglądnęłam, i bardzo, bardzo się z tego cieszę.
Pierwszy fenomen tego
filmu: Gika leży w kinowym fotelu i ryczy ze śmiechu w pierwszych
sekundach. Nie pamiętam kiedy ostatni
raz miałam coś takiego. W każdym razie dawno. A dlaczego rżałam? Widzimy plecy
odziane w dość brudną czerwoną bluzę ( do niej jeszcze wrócimy) i już teraz
możemy się domyślić, że to nasz zombiak R. Ale nie to jest ważne. Ważny jest
jego pierwszy z monologów wewnętrznych które stanowią chyba tę najśmieszniejszą
część filmu: „Co ja mam z tego życia? Garbię się, słabo jem, jestem blady. Ach
tak zapomniałem, ja nie żyję”. I już wiem, ze ten film nie może być słaba
komedyjką i melodramatem w stylu „Zmierzchu”, ale idźmy dalej…
Jesteśmy w świecie gdzie mieszkańcy, którzy nie zostali
zarażeni przez truposzów, żyją w wytyczonym przez mur sektorze. I tu pojawia
się grupa młodych ludzi z karabinami w ręku. A wśród nich całkiem ładna
blondynka, na którą najczęściej najeżdża kamera, i tu mój wielce inteligentny
mózg kojarzy fakty i wykrzykuje : „To musi być Julie!”. Oczywiście to JEST
Julie, a ja mogę choć przez chwile poudawać, że nie jestem tępa :D
I mamy scenę, kiedy ta sama grupa nastolatków zbiera
potrzebne leki z jakieś opuszczonej apteki, a w między czasie ZUPEŁNIE
niespodziewanie, bardzo kulturalnie przybywa grupa zombie, żeby w spokoju zjeść
obiad składający się z mózgów tej oto przeuroczej grupki. Wśród nich jest
oczywiście R. I zaczyna się coś w stylu jatki, a nasz główny bohater znowu
prowadzi swój monolog. A co w nim takiego zabawnego? Otóż wyobraźcie sobie
scenę, w której krwiożerczy potwór walczy ze swoją ofiarą, aby ją ugryźć i
nagle w stop-klatce, która zatrzymuję się na jego rozwścieczonej twarzy, pada
stwierdzenie:
„Niezły zegarek” :D
Następnie: sceny w samolocie. Julie i R ,ich dialogi plus monologi
wewnętrzne równa się: Boże, boziu, ojej, jakie to słodkie…
Po pierwsze:
„My na..na..name is Rrrrrrrrrrrr”…. I pan Hoult, który ze
swoimi naiwnymi oczkami jest po prostu rozbrajający.
Po drugie:
„Okej, okej tylko spokojnie: don’t be creepy, don’t be
creepy”, „Ta randka nie idzie zbyt dobrze. Znów chcę umrzeć” i „Powiedz coś w
stylu ludzi: o jak się masz?” . Kolejne z serii „ R wymiata”.
Po trzecie:
Mój dialog z Pandą:
„-Ej no, ale on jest przecież cudny, że niby co jej w nim
przeszkadza?
-Och no wiesz, może te resztki mózgu na zębach?” :P
Później mamy rzecz, która niezbyt mi się podobała, czyli
nieco tandetny numer z ożywiającymi się, czerwonymi, bijącymi sercami. Nie
mówię, miało to tam jakiś swój urok, ale można było to rozwiązać w inny sposób.
Kolejne:
Seria „ Po co uciekasz, idiotko?”. Czyli Julie, która
postanawia kilka razy wyjść na spacer na lotnisko pełne głodnych truposzy. Nie
ma co, clever girl…
1. Tekst, który powtórzył się chyba z cztery razy:
„-Not, not save..
-Ok., I get that…”
Czyli R martwiący się o głupią Julie i ona olewająca go za
każdym razem, udająca że go słucha.
2. „-B..b…bądź nie..nieżywa
*seria ruchów Julie, które rozwalają pod każdym kontem*
-Yyy…za bardzo”
3. Najlepszy przyjaciel R, zombie do którego jeszcze wrócę,
widząc July woła:
„Jeść! Jeść! Jeść!”
Boże, brachu. Jak ja dobrze Cie rozumiem…
I teraz aspekty,
które są nieco dziwne, więc albo są niedopatrzeniem, albo to ja jestem
upierdliwa.
Po pierwsze: July
była wśród zombie koło tygodnia. Nie miała prysznica, kosmetyków, nic. A mimo
to, jej włosy ani razy nawet nie wyglądają na przetłuszczone. 3,2, 1 foch. Też
tak chcę.
Po drugie: Wracamy do
czerwonej bluzy. Kiedy już R wygląda trochę bardziej jak człowiek po pewnych
zabiegach, czyli pełnym makijażu, zmianie fryzury itp. ( a to wszystko przy
dźwiękach „Pretty woman” :D ) nasuwa się pytanie: dlaczego, do cholery, nie
zmienicie tej bluzy?!
The next one: scena rodem z filmów wojennych, czyli początek
rebelii:
„R: Pomożecie?
Zombie: grgrgrggrgr
Kumpel R: Oni mówią cos w stylu: Fuck Yeah”. Leżę :D
Następna sprawa
dowodzi, że naprawdę jestem dziwna.
Bo w końcu oglądam film o zombie, tak? Film, który kręci się wokół
jednego wątku miłosnego. Ale ja widzę nie tylko relacje R- July. Ludzie, ja
wszędzie widzę gejów :D
Bo chyba tylko ja potrafię wydrzeć się w kinie na cały głos,
kiedy Best Friend R mówi do jakieś
kobiety:
-Hello,
my..my..name. is….
I tu wkraczam ja
-GAY?!
Och i jaki był mój zawód, gdy okazało się, że odpowiedź
brzmi „Marcus”.
Ale to nie wszystko. Ja poszłam krok dalej i zparingowałam
Marcusa i ojca July…wiem, jestem dziwna :P
Jeszcze jedna rzecz: scena kiedy July i R uciekają przed
tymi innymi brzydszymi zombie: Po co i gdzie oni biegną? Albo ja jestem tępa(
ok, jestem :P), albo to trochę bez sensu.
I wreszcie sceny końcowe:
Pewnie dla większości ludzi wielce wzruszająca:
-Tato, on krwawi!
Ta, a moja reakcja wyglądała mniej więcej tak:
-No zajebiście po prostu, ale zaraz przestanie, bo się WYkrwawi!
I przesłodka scena,
pokazująca, że wszystko jest very good. A wśród tego bawiące się w chowanego
upiorne dzieci z lotniska O.o
Jak podsumować ten film? Fajny, poprawiający humor. Ze
świetnymi tekstami. Idealny seans na wieczór w towarzystwie. Ale, proszę was bardzo, jeśli go oglądniecie:
zwróćcie uwagę na Marcusa i Ojca July. No czy to nie jest wspaniałe? :D
I jeszcze raz błagam, trzymajcie kciuki w sobotę J