Bejbi blues
Moja pierwsza recenzja :D
Trema jest….
Wracam prosto z kina. Obecnie
jedyne co ciśnie mi się na usta to to niecenzuralne słowo na „k„ , ale
obiecałam sobie że nie będę go za często używać więc powiem : motyla noga, brzydka i złamana motyla noga.
O czym jest „Bejbi blues”?
Jest to sprawa nieco dla mnie kłopotliwa…no bo w końcu nie napiszę, że jest o
niedojrzałym rodzicielstwie, bo wcale nie jest tylko o tym. Jest o naiwnej
miłości nastolatków, o
melanżach, ciuchach, problemach…tylko czy na pewno? No ja wam tego nie powiem,
a Filmweb pisze tak : „Katarzyna Rosłaniec, reżyserka kultowych i wielokrotnie
nagrodzonych "Galerianek", przedstawia historię niedojrzałej
17-latki, która zostaje matką. Chciała mieć dziecko, bo fajnie jest mieć
dziecko. Wszystkie młode gwiazdy jak Britney Spears czy Nicole Richie mają
dzieci. Zachodzi w ciąże z Kubą Ale dlaczego tak naprawdę Natalia zdecydowała
się na macierzyństwo w tak młodym wieku? Może odpowiedź kryje się w tym co
piszą nastolatki na internetowych forach? Chcą mieć dziecko, żeby w końcu ktoś
je naprawdę kochał, żeby same miały kogoś do kochania”. A jak ja oceniam film?
Mam mieszane uczucia.
Bo z jednej strony jest ten
kolorowy i przyjemny dla oka styl, te wszystkie ciuchy, imprezy, fajna
piosenka, no i oczywiście Ernest (jak
stwierdziła moja koleżanka, z którą obejrzałam film: jak nie wiadomo o co
chodzi, to chodzi o Ernesta), a z
drugiej…brrr no właśnie.
Nowe twarze. Super. Serio,
fajnie że dzieje się coś nowego, że młodzi wchodzą na duży ekran. Ale to, że
nie można zrozumieć co na tym dużym ekranie mówią, mniej fajne. Dykcja. Coś
takiego istnieje. Wiem, aktorzy wzięli się z kastingów, konkursów MTV i innych
loterii, więc nie można wymagać profesjonalnej gry i nie wiadomo jakiej
naturalności, ale wszystko ma jakieś standardy.
Sceny Martynki, Natalii i w
sumie wszystkich…hmm, jakby to powiedzieć, żeby nie wyjść na przemądrzałą
siksę… pozostawiały wiele do życzenia i domysłu. Przede wszystkim dlatego, że
trzeba było się domyślać co powiedziały. Żeby tak nie wjeżdżać na Bułkę i Borus to dam przykład z
jednym z panów. Scena kiedy Natalia przychodzi do Seby
(musiałam sprawdzić na Filmwebie bo ,zabijcie, ale nie zapamiętałam jego
imienia) z podaniem o pracę i mówi mu ,że pracowała jako babysitter on jej coś
odpowiada i śmieje się z „niezłego wkrętu”. Co powiedział? Totoż była dla mnie
zagadka niewyjaśniona ,aż coś w moim
tępym móżdżku wpadło na to że mogło chodzić o matkowanie.W sensie : „Ale mnie wkręciłaś z tym
matkowaniem…” . Ale pewności do teraz nie mam.
Ogólnie w tym filmie było
kilka scen, których zupełnie nie ogarniam.
Pierwsza rzecz: brudne
stopy. Serio, scena kiedy Natalia się
przebiera i ta kiedy razem z Martyną wciągają, pozostawiły mnie z pewnym
dziwnym pytaniem: dlaczego tam wszyscy mają brudne stopy. No normalnie jakby im
się murzyn do podłogi przykleił. Ale to
tylko takie moje porąbane spostrzeżenia, do oceny filmu to się raczej nie
przyczyniło.
Druga sprawa, jak najbardziej
pozytywna, to rola Danuty Stenki, którą uwielbiam, ubóstwiam i wielbię, i Jana
Frycza- i to właśnie jego postaci nie ogarniam. Nie powiedział ani słowa, robił
po prostu rozbrajające miny, a i tak przykuwał uwagę. Przynajmniej moją.
Następnie: rola Kasi Figury.
Nie chodzi mi o samą aktorkę ,tylko o postać. A w zasadzie jej relacje z Natalią. Najpierw
dziewczyna mówi do synka „ tej suce nie będziesz musiał mówić dzień dobry” a
potem siedzi sobie u niej na herbatce. Że tak zacytuję moją polonistkę „ O co
tutaj się rozchodzi?”
Potem scena Kuby z matką
Natalii. Dziwnie to zostało zaczęte, jeszcze dziwniej skończone, bo niby skąd
Natalia się dowiedziała ,że oni ze sobą spali? Czy oni w ogóle ze sobą spali? I
tu przytoczę mój komentarz po
wyprowadzce Kuby : „No wiesz wyprowadzam się do mamy. Tyle, że do twojej”.
Piąta rzecz: Scena na
zapleczu Blue Rabbit. Mamy „nieugrzecznioną” scenę erotyczną. No ale…seriously?
Podsumowując: Dobry ogier? Mały ale wariat.
No i rzecz, która po prostu
rozwala. Pozytywnie rozwala. Jak już wcześniej wspominałam: Ernest. Marzenie dziewczyny:
być kochaną tak jak kochana jest deska Ernesta. Scena Kuby i Ernesta:
-A gdzie twoja deska,
Kuba?
-Sprzedałem.
-Że co?
-Potrzebowałem hajsu…
-No okej, rozumiem. Ale żeby
deskę sprzedać?
No bo w końcu jak nie wiadomo
o co chodzi, to chodzi o Ernesta <3
I ostatnia scena. Ostatnia,
ostatnia. No i teraz już nie wytrzymam. Nie gorszcie się ale : kurwa. Najpierw
Kuba zyskuję w moich oczach. Dwa słowa: nienawidzę cię. A później nadchodzi
ostatnia scena. Natalia żująca gumę w pełnym make-upie wchodzi na salę widzeń w
więzieniu, a tam czeka Kuba.
A przecież to mógł być po
prostu trochę dziwny film o kapryśnych nastolatkach. Film wywołujący duże
emocje, film z jakimś morałem. Ale nie.
Jak życie? No wiesz, u Antka
bywało lepiej.
Nie chcę zbytnio spoilerować,
więc nie napisze dosadnie o co mi chodzi, ale powiem tyle: ostatnia scena
zmieniła moje zdanie co do tego filmy. Na lepsze czy na gorsze? Sama nie wiem.
Wzbudziła emocje. To chyba dobrze, tak? Ale to, że siedziałam w fotelu i
czekałam na jakieś sensowne zakończenie, z dziwną miną, jakby ktoś próbował
zjeść moją czekoladę, to chyba źle.
Powiedziałam, że Kuba zyskał
w moich oczach? To teraz stracił dwa razy tyle, znowu przez dwa słowa: „No
okej”.
I tą jakże filozoficzną myślą
zakończę moją recenzję.
Czy warto zobaczyć Bejbi
blues? Myślę, że tak. Na pewno, dla mnie te dwie godziny nie były stracone.
Choćby ze względu na Ernesta :D