poniedziałek, 28 stycznia 2013

Jak życie? Wiesz, u Antka bywało lepiej...



Bejbi blues
Moja pierwsza recenzja :D Trema jest….
   Wracam prosto z kina. Obecnie jedyne co ciśnie mi się na usta to to niecenzuralne słowo na „k„ , ale obiecałam sobie że nie będę go za często używać więc powiem : motyla noga,  brzydka i złamana motyla noga.
   O czym jest „Bejbi blues”? Jest to sprawa nieco dla mnie kłopotliwa…no bo w końcu nie napiszę, że jest o niedojrzałym rodzicielstwie, bo wcale nie jest tylko o tym. Jest o naiwnej miłości nastolatków,   o melanżach, ciuchach, problemach…tylko czy na pewno? No ja wam tego nie powiem, a Filmweb pisze tak : „Katarzyna Rosłaniec, reżyserka kultowych i wielokrotnie nagrodzonych "Galerianek", przedstawia historię niedojrzałej 17-latki, która zostaje matką. Chciała mieć dziecko, bo fajnie jest mieć dziecko. Wszystkie młode gwiazdy jak Britney Spears czy Nicole Richie mają dzieci. Zachodzi w ciąże z Kubą Ale dlaczego tak naprawdę Natalia zdecydowała się na macierzyństwo w tak młodym wieku? Może odpowiedź kryje się w tym co piszą nastolatki na internetowych forach? Chcą mieć dziecko, żeby w końcu ktoś je naprawdę kochał, żeby same miały kogoś do kochania”. A jak ja oceniam film?
   Mam mieszane uczucia.
   Bo z jednej strony jest ten kolorowy i przyjemny dla oka styl, te wszystkie ciuchy, imprezy, fajna piosenka, no i oczywiście Ernest  (jak stwierdziła moja koleżanka, z którą obejrzałam film: jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o Ernesta),  a z drugiej…brrr no właśnie.
   Nowe twarze. Super. Serio, fajnie że dzieje się coś nowego, że młodzi wchodzą na duży ekran. Ale to, że nie można zrozumieć co na tym dużym ekranie mówią, mniej fajne. Dykcja. Coś takiego istnieje. Wiem, aktorzy wzięli się z kastingów, konkursów MTV i innych loterii, więc nie można wymagać profesjonalnej gry i nie wiadomo jakiej naturalności, ale wszystko ma jakieś standardy.
   Sceny Martynki, Natalii i w sumie wszystkich…hmm, jakby to powiedzieć, żeby nie wyjść na przemądrzałą siksę… pozostawiały wiele do życzenia i domysłu. Przede wszystkim dlatego, że trzeba było się domyślać co powiedziały. Żeby tak nie wjeżdżać  na Bułkę i Borus to dam przykład z jednym z panów.  Scena kiedy Natalia przychodzi do Seby (musiałam sprawdzić na Filmwebie bo ,zabijcie, ale nie zapamiętałam jego imienia) z podaniem o pracę i mówi mu ,że pracowała jako babysitter on jej coś odpowiada i śmieje się z „niezłego wkrętu”. Co powiedział? Totoż była dla mnie zagadka niewyjaśniona ,aż coś  w moim tępym móżdżku wpadło na to że mogło chodzić o matkowanie.W sensie : „Ale mnie wkręciłaś z tym matkowaniem…” . Ale pewności do teraz nie mam. 
   Ogólnie w tym filmie było kilka scen, których zupełnie nie ogarniam.
   Pierwsza rzecz: brudne stopy.  Serio, scena kiedy Natalia się przebiera i ta kiedy razem z Martyną wciągają, pozostawiły mnie z pewnym dziwnym pytaniem: dlaczego tam wszyscy mają brudne stopy. No normalnie jakby im się murzyn do podłogi przykleił.  Ale to tylko takie moje porąbane spostrzeżenia, do oceny filmu to się raczej nie przyczyniło.
    Druga sprawa, jak najbardziej pozytywna, to rola Danuty Stenki, którą uwielbiam, ubóstwiam i wielbię, i Jana Frycza- i to właśnie jego postaci nie ogarniam. Nie powiedział ani słowa, robił po prostu rozbrajające miny, a i tak przykuwał uwagę. Przynajmniej moją.
   Następnie: rola Kasi Figury. Nie chodzi mi o samą aktorkę ,tylko o postać. A w zasadzie  jej relacje z Natalią. Najpierw dziewczyna mówi do synka „ tej suce nie będziesz musiał mówić dzień dobry” a potem siedzi sobie u niej na herbatce. Że tak zacytuję moją polonistkę „ O co tutaj się rozchodzi?”
   Potem scena Kuby z matką Natalii. Dziwnie to zostało zaczęte, jeszcze dziwniej skończone, bo niby skąd Natalia się dowiedziała ,że oni ze sobą spali? Czy oni w ogóle ze sobą spali? I tu przytoczę mój komentarz  po wyprowadzce Kuby : „No wiesz wyprowadzam się do mamy. Tyle, że do twojej”.
   Piąta rzecz: Scena na zapleczu Blue Rabbit. Mamy „nieugrzecznioną” scenę erotyczną. No ale…seriously? Podsumowując: Dobry ogier? Mały ale wariat.
   No i rzecz, która po prostu rozwala. Pozytywnie rozwala. Jak już wcześniej wspominałam: Ernest. Marzenie dziewczyny: być kochaną tak jak kochana jest deska Ernesta. Scena  Kuby i Ernesta:
-A gdzie twoja deska, Kuba?  
 -Sprzedałem.
-Że co?
-Potrzebowałem hajsu…
-No okej, rozumiem. Ale żeby deskę sprzedać?
No bo w końcu jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o Ernesta <3
   I ostatnia scena. Ostatnia, ostatnia. No i teraz już nie wytrzymam. Nie gorszcie się ale : kurwa. Najpierw Kuba zyskuję w moich oczach. Dwa słowa: nienawidzę cię. A później nadchodzi ostatnia scena. Natalia żująca gumę w pełnym make-upie wchodzi na salę widzeń w więzieniu, a tam czeka Kuba.
   A przecież to mógł być po prostu trochę dziwny film o kapryśnych nastolatkach. Film wywołujący duże emocje, film z jakimś morałem. Ale nie.
Jak życie? No wiesz, u Antka bywało lepiej.
   Nie chcę zbytnio spoilerować, więc nie napisze dosadnie o co mi chodzi, ale powiem tyle: ostatnia scena zmieniła moje zdanie co do tego filmy. Na lepsze czy na gorsze? Sama nie wiem. Wzbudziła emocje. To chyba dobrze, tak? Ale to, że siedziałam w fotelu i czekałam na jakieś sensowne zakończenie, z dziwną miną, jakby ktoś próbował zjeść moją czekoladę, to chyba źle.
   Powiedziałam, że Kuba zyskał w moich oczach? To teraz stracił dwa razy tyle, znowu przez dwa słowa: „No okej”.
   I tą jakże filozoficzną myślą zakończę moją recenzję.
   Czy warto zobaczyć Bejbi blues? Myślę, że tak. Na pewno, dla mnie te dwie godziny nie były stracone. Choćby ze względu na Ernesta :D

Ehem, ehem. Attension, please

Nie mam pojęcia jak zacząć...
Może tak: uwielbiam kino. Tak samo jak książki, teatr, muzykę i jedzenie.
Oglądam wszystko. Od dramatów psychologicznych, przez komedie romantyczne aż do filmów familijnych.
Nie mam żadnego doświadczenia w pisaniu recenzji, ani wybitnego gustu kinematograficznego. Po prostu jestem dziwakiem,który lubi pisać, a już pisać o filmach to...o jejuniu ale fajnie.
Mój ulubiony film? To zmienia się praktycznie z  tygodnia na tydzień. Czasem faszeruje się danym dziełkiem przez tydzień: oglądam trailery, ściągam muzykę itp, tylko po to żeby się znudzić, a później znowu wrócić z jeszcze większą dawką tego mojego dziecięcego entuzjazmu. Tak naprawdę to od kiedy pamiętam z czołówki nie wychodzi jedynie Król Lew, ale o mojej fascynacji Disneyem pewnie jeszcze kiedyś napiszę.
Co mogę jeszcze napisać? Rrrrr, jak ja nienawidzę zaczynać...
Tak trochę z innej beczki...Mam słabość do o wiele starszych ode mnie facetów. Na szczęście jedynie jeśli chodzi o ich oglądanie. Hugh Laury, Daniel Craig, Robert Downey Jr., Johny Depp...och co ja...a tak, więc jeśli ktokolwiek tego bloga przeczyta to powinien to wiedzieć, bo pewnie dość często będę się nad nimi rozpływać.
Jak już wspominałam jestem dziwakiem, a jak się na coś zawezmę to nie przepuszczę. Dajmy na to kiedy znajdę jakiś film, lub aktora to potrafię siedzieć na Filmwebie i czytać o nim tyle, że mnie słonko poranne przebudzi. No dobra bez przesady. Ale mój ostatni "wyczyn" to poświęcenie 3 godzin na przeczytanie skróconej historii wszystkich Bondów. Za cel postawiłam sobie, że oglądnę je wszystkie, ale samej to tak jakoś smutno...
Uwaga na blogu mogą pojawić się spoilery, bo mam bardzo niewyparzoną gębę :P 
To jak na razie wszystko.
Po prostu, jeśli lubisz filmy to może kiedyś znajdziesz tego bloga i poświęcisz trochę czasu żeby przeczytać moje wypociny.
Zapraszam :D

Gika