poniedziałek, 16 września 2013

Pomarańczowe kombinezony nieco gryzą się z okularami McQueen'a

The Bling Ring
Na ten film czekałam prawie rok. Ze względu na Sofie Coppole, Emmę Watson, ciekawą fabułę. Czy warto było czekać? Hmm…  Cóż, spodziewałam się czegoś innego.

„Historia, którą reżyserka opowiada w swoim najnowszym filmie, jest dość prosta. Grupa młodych, naiwnych ludzi, w pogoni za sławą i w fascynacji za celebrytami, postanawia swoich ulubieńców pookradać, przy okazji dobrze się bawiąc i realizując swoje marzenia. Przeżywają niezapomniane chwile i wielkie imprezy, a wożą się szybkimi samochodami i noszą niezwykle drogie (oczywiście kradzione) ubrania. Wszystko idzie jak po maśle i bez konsekwencji, jednak szczęście nie trwa wiecznie. Gdy przyjdzie do wzięcia odpowiedzialności za swoje czyny, młodzi ludzie pokażą się z najgorszej strony, udowadniając jak bardzo są bezmyślni i nieodpowiedzialni”.

Zaczynamy. Po pierwsze, nie byłam przygotowana na motyw samotnego chłopca, który zmienia szkołę i szuka przyjaciół jaki wprowadza do filmu postać Marca, ale dlaczego nie? Czepiać się nie zamierzam. Niech sobie żyje, kradnie co tam chce, zwłaszcza że film jest oparty na faktach.

No właśnie. Fakty. Jakoś trudno jest mi uwierzyć, że ten proceder mógł trwać tak długo jak to zostało pokazane w filmie. Nawet ktoś kto zarabia po kilka milionów miesięcznie musi zauważyć, że z jego domu znikają rzeczy o podobnej wartości. Ale to jest Holywood. W sumie tam wszystko jest możliwe, można nawet ukraść samochód spod domu sąsiadów i nikt nie będzie go szukał. Taka magia.

Akcja „Bling Ring” zaczyna się,  toczy i kończy bardzo szybko. Ot, wyrzutek, którego uważają za kosmitę, wsiada sobie do samochodu z dziewczynami, które śpiewają na głos wszystkie piosenki z radia, okrada kilka samochodów i… puf… nagle jest gwiazdą klubów wybrzeża.
Ale to nie wystarczy.

Odpowiedzcie mi na pytanie. Jak bardzo trzeba być pozbawionym zdrowego rozsądku i instynktu samozachowawczego, żeby  wyszukać w google adres celebryty i po prostu go odwiedzić? Och, co tam że bez jego wiedzy? Wychodzi na to, że w Holywood mamy nie opowiadają swoim dzieciaczkom jak to nie można niczego pożyczać bez czyjejś wiedzy. A może właśnie opowiadają, tylko te małe potworki są wtedy zajęte oglądaniem programów, którym głównym tematem są Ci, których w przyszłości okradną.

A teraz odpowiedzcie mi na drugie pytanie. Jak durnym trzeba być, żeby trzymać klucz do wartej kilka miliardów willi pod wycieraczką?! To już jest tak amerykańskie, że aż boli.

Wracając do pierwszego pytania. Bohaterowie „Bling Ring” to po prostu nastolatkowie, którzy nie mają w głowie żadnego, choćby marnego zarysu jakichkolwiek konsekwencji. W sumie czemu się tu dziwić? Dzieci uczone w domu przez matkę na podstawie jakieś dziwnej psychologii, chłopak (właśnie, czy Marc jest gejem?), który odpoczywa na łóżku w różowych szpilkach, dziewczyna, która okrada ludzi, którzy, całkiem możliwe, mają mniej kasy niż ona sama. Towarzystwo raczej nietuzinkowe.

I właśni Ci oto ludzie postanawiają poodwiedzać  domy gwiazd ( przy okazji zabrać z nich rzeczy o wartości kilku milionów dolarów, takie tam). I wszystko idzie gładko. Jest fajnie. Są ciuchy, są imprezy, są zdjęcia na facebooku. I czy nikomu z was po pewnym czasie nie zapaliłaby się z tyłu głowy czerwona lampka pod hasłem „Dość! Wystarczy!”? No właśnie. Ciekawe jest to, że jeśli  chodzi o większość bohaterów właśnie to się dzieje. Ale nie przestają. Dlaczego? Przez zdanie, które bardzo często pada w tym filmie: „Przestań. Jest w porządku”. No w takim razie co tam, chodźmy po kolejną partie ciuchów Channel. Dzień jak co dzień.

Więc nasi przeuroczy złodzieje bawią się, piją, wciągają kokainę (czemu jest poświęcona dość obszerna część filmu. Po co? Nie mam pojęcia) bawią się w klubach, jeżdżą po mieście nieswoimi samochodami za pieniądze ludzi, których możemy zobaczyć na pierwszych stronach gazet.

I nagle… niespodzianka… pojawia się wymiar sprawiedliwości. Wow. Trochę wam się  zeszło kochani.

Mamy zaskoczenie chyba ze wszystkich stron: rodzice są zaskoczeni, że ich dzieci mogły coś takiego zrobić ( serio nikt nie był w stanie zauważyć masy nowych ciuchów i przypływu gotówki?), dzieci są zaskoczone, że zostały nakryte, media są zaskoczone, że grupa dzieciaków obrabowała tak dobrze strzeżone domy, a gwiazdy są zaskoczone, że ich szef ochrony jeszcze ma u nich pracę. Czy my jesteśmy zaskoczeni? No właśnie…niezbyt. A szkoda.

Myślę nad tym jak podsumować ten film. Nie jest to komedia. Nie jest to kryminał. To film, który mnie bardzo zasmucił.

Smutne jest to do jak wielu rzeczy jesteśmy zdolni aby się „wpasować”, żeby nie zawieść tych, od których jesteśmy zależni: naszych „przyjaciół”. Myślę tu o Marcu i Becce. A i tak wszystko sprowadza się do tego, że każdy tak naprawdę dba tylko o swój interes.

Jednak to co mnie przeraziło to ta mania na punkcie gwiazd. Przecież tak naprawdę to tylko zwykli ludzie, którym się w życiu poszczęściło i mają dużo kasy. Czy to dobry materiał na autorytet? Nie jestem pewna. Bo niestety, ale bycie gwiazdą bardzo rzadko wiąże się z posiadaniem jakiegokolwiek talentu lub czegoś mądrego do powiedzenia. Pół biedy jeśli mówimy o autorytecie. Ale to co możemy zobaczyć w tym filmie posuwa się o krok dalej. Ci ludzie nie chcą być JAK te osoby. Oni chcą nimi BYĆ. I niestety coraz częściej zauważam to samo nawet wśród moich własnych znajomych. Nie jest ważne to co masz do zaoferowania, ważne jest to jakie nosisz ciuchy, czy słuchasz muzyki ,której słuchają wszyscy, czy masz znajomych, których znają wszyscy. I właśnie to sprawia, że ten film mnie smuci.

sceną, która mnie szczerze rozbawiła była ta końcowa ,kiedy postać Nicki grana przez Emmę Watson opowiada o swoich przeżyciach na łamach Talk-Show. Może był to śmiech przez łzy ale jednak, szczery.  Mimo wszystko to troszkę zabawne jak ta dziewczyna wykorzystuje, każdy, nawet najmniejszy skrawek blasku reflektorów, do zdobycia szansy na to, że może pewnego dnia to jej dom okradną nastolatki z manią bycia częścią show-biznesu.

A morał tej historii jest krótki i niektórym znamy: nie kradnij kochany, słuchaj mamy, chyba że uwielbiasz pomarańczowe kombinezony więzienne.

Nie ukrywam, że „Bling Ring” nieco mnie zawiódł. Po temacie, reżyserce i obsadzie spodziewałam się czegoś do czego będę chciała często wracać, czegoś co mnie zaskoczy w pozytywnym tego słowa znaczeniu.


Nie mówię, że jest słaby film. Bo nie jest. Może po prostu za wysoko postawiłam mu poprzeczkę.

wtorek, 10 września 2013

Come back soon

Wracam :D
Trochę czasu minęło, ale w końcu się zebrałam i postanowiłam, że trzeba ruszyć z miejsca, nie tylko z blogiem. Ale od czegoś trzeba zacząć :)
Co się u mnie zmieniło?
Jeśli chodzi o filmy to nic. Nadal są one moją pasją. 
Co poza tym…hmm… ścięłam włosy, widziałam Hugh Laurie’ego na żywo (jeeeeeeej), zaliczyłam tygodniową dietę bezsłodyczową (nigdy więcej, NIGDY), odwiedziłam Londyn (jeeeej po raz drugi) objadłam się malin i jeżyn, poznałam nowych i tych już od dawna znanych ludzi, zrobiłam sobie zdjęcie z Danielem Craig’iem (co z tego, że woskowym)…och no chyba to tyle :P
Powiem szczerze, że nie mam pojęcia o jakim filmie napisać pierwszym. Jeśli ktoś miałby jakiś pomysł…

Ale w każdym razie wróciłam. I nigdzie się nie wybieram. Na razie. Jeśli przeżyję rok szkolny :(

Kilka zdjęć z Londynu na dobry początek, a co :D Jak na razie tylko tych z cyklu "Gika paparazzi" :)

Moja pasja robieniu zdjęć obcym ludziom zaczęła mnie nieco przerażać, ale nie mogłam się oprzeć, bo ludzie tam są wspaniali, uśmiechnięci, piękni i ciekawi :)



Rudy rozmawia z dziewczyną! Z ładną dziewczyną :O





Zakochani, którzy mnie nie irytują



czwartek, 7 marca 2013

I'm...GAY?!...no, just a zombie...


Wiecznie żywy
   Pierwsze zdanie, które przychodzi mi na myśl kiedy myślę o opisie tego filmu? Pozytywne zaskoczenie. Tak, bo wybrałam się do kina na jakąś komedyjkę w stylu „Zmierzchu” o zakazanej miłości, o dwóch światach, które może połączyć tylko miłość dwójki ich przedstawicieli. Ogólnie mówiąc nie spodziewałam się czegoś nadzwyczajnego. A tu proszę. Wróciłam do domu z bananem na buzi i z bardzo fajnym wieczorem na koncie. I teraz czas na pozdrowienia dla mojej koleżanki Pandy :D
   „Wydawać by się mogło, że w świecie, w którym umarli powstają z grobów a słowa „życie” i „śmierć” tracą swoje znaczenie, nie ma już miejsca na miłość. Nic bardziej mylnego! Pewnego dnia córka wojskowego (Teresa Palmer) odpowiedzialnego za eksterminację nieumarłych Julie spotyka niezwykle przystojnego R(Nicholas Hoult). Między obojgiem od razu zaczyna iskrzyć. Nie ma tu żadnego znaczenia, że serce chłopaka już od dawna… nie bije. Ich miłość jest z jednej strony skazana na niepowodzenie, ale z drugiej daje szansę, na zbudowanie mostu między życiem i śmiercią. Dzięki nim może zakończyć się konflikt między ludźmi i martwymi.”
   No i powiedzcie, czy opis nie daję do myślenia osobie, która nie ma ochoty na łzawy wieczór w towarzystwie zakochanych zombie? Owszem, daje. Ale w końcu, nie oglądniesz, nie ocenisz. Tak więc, ja oglądnęłam, i bardzo, bardzo się z tego cieszę.
Pierwszy fenomen tego filmu: Gika leży w kinowym fotelu i ryczy ze śmiechu w pierwszych sekundach.  Nie pamiętam kiedy ostatni raz miałam coś takiego. W każdym razie dawno. A dlaczego rżałam? Widzimy plecy odziane w dość brudną czerwoną bluzę ( do niej jeszcze wrócimy) i już teraz możemy się domyślić, że to nasz zombiak R. Ale nie to jest ważne. Ważny jest jego pierwszy z monologów wewnętrznych które stanowią chyba tę najśmieszniejszą część filmu: „Co ja mam z tego życia? Garbię się, słabo jem, jestem blady. Ach tak zapomniałem, ja nie żyję”. I już wiem, ze ten film nie może być słaba komedyjką i melodramatem w stylu „Zmierzchu”, ale idźmy dalej…
   Jesteśmy w świecie gdzie mieszkańcy, którzy nie zostali zarażeni przez truposzów, żyją w wytyczonym przez mur sektorze. I tu pojawia się grupa młodych ludzi z karabinami w ręku. A wśród nich całkiem ładna blondynka, na którą najczęściej najeżdża kamera, i tu mój wielce inteligentny mózg kojarzy fakty i wykrzykuje : „To musi być Julie!”. Oczywiście to JEST Julie, a ja mogę choć przez chwile poudawać, że nie jestem tępa :D
   I mamy scenę, kiedy ta sama grupa nastolatków zbiera potrzebne leki z jakieś opuszczonej apteki, a w między czasie ZUPEŁNIE niespodziewanie, bardzo kulturalnie przybywa grupa zombie, żeby w spokoju zjeść obiad składający się z mózgów tej oto przeuroczej grupki. Wśród nich jest oczywiście R. I zaczyna się coś w stylu jatki, a nasz główny bohater znowu prowadzi swój monolog. A co w nim takiego zabawnego? Otóż wyobraźcie sobie scenę, w której krwiożerczy potwór walczy ze swoją ofiarą, aby ją ugryźć i nagle w stop-klatce, która zatrzymuję się na jego rozwścieczonej twarzy, pada stwierdzenie:
„Niezły zegarek” :D
   Następnie: sceny w samolocie.  Julie i R ,ich dialogi plus monologi wewnętrzne równa się: Boże, boziu, ojej, jakie to słodkie…
Po pierwsze:
„My na..na..name is Rrrrrrrrrrrr”…. I pan Hoult, który ze swoimi naiwnymi oczkami jest po prostu rozbrajający.
Po drugie:
„Okej, okej tylko spokojnie: don’t be creepy, don’t be creepy”, „Ta randka nie idzie zbyt dobrze. Znów chcę umrzeć” i „Powiedz coś w stylu ludzi: o jak się masz?” . Kolejne z serii „ R wymiata”.
Po trzecie:
Mój dialog z Pandą:
„-Ej no, ale on jest przecież cudny, że niby co jej w nim przeszkadza?
-Och no wiesz, może te resztki mózgu na zębach?” :P
   Później mamy rzecz, która niezbyt mi się podobała, czyli nieco tandetny numer z ożywiającymi się, czerwonymi, bijącymi sercami. Nie mówię, miało to tam jakiś swój urok, ale można było to rozwiązać w inny sposób.
   Kolejne:
Seria „ Po co uciekasz, idiotko?”. Czyli Julie, która postanawia kilka razy wyjść na spacer na lotnisko pełne głodnych truposzy. Nie ma co, clever girl…
1. Tekst, który powtórzył się chyba z cztery razy:
„-Not, not save..
-Ok., I get that…”
Czyli R martwiący się o głupią Julie i ona olewająca go za każdym razem, udająca że go słucha.
2. „-B..b…bądź nie..nieżywa
*seria ruchów Julie, które rozwalają pod każdym kontem*
-Yyy…za bardzo”
3. Najlepszy przyjaciel R, zombie do którego jeszcze wrócę, widząc July woła:
„Jeść! Jeść! Jeść!”
Boże, brachu. Jak ja dobrze Cie rozumiem…
    I teraz aspekty, które są nieco dziwne, więc albo są niedopatrzeniem, albo to ja jestem upierdliwa.
Po pierwsze:  July była wśród zombie koło tygodnia. Nie miała prysznica, kosmetyków, nic. A mimo to, jej włosy ani razy nawet nie wyglądają na przetłuszczone. 3,2, 1 foch. Też tak chcę.
Po drugie:  Wracamy do czerwonej bluzy. Kiedy już R wygląda trochę bardziej jak człowiek po pewnych zabiegach, czyli pełnym makijażu, zmianie fryzury itp. ( a to wszystko przy dźwiękach „Pretty woman” :D ) nasuwa się pytanie: dlaczego, do cholery, nie zmienicie tej bluzy?!
   The next one: scena rodem z filmów wojennych, czyli początek rebelii:
„R: Pomożecie?
Zombie: grgrgrggrgr
Kumpel R: Oni mówią cos w stylu: Fuck Yeah”. Leżę :D
   Następna sprawa  dowodzi, że naprawdę jestem dziwna.  Bo w końcu oglądam film o zombie, tak? Film, który kręci się wokół jednego wątku miłosnego. Ale ja widzę nie tylko relacje R- July. Ludzie, ja wszędzie widzę gejów :D
Bo chyba tylko ja potrafię wydrzeć się w kinie na cały głos, kiedy Best Friend R  mówi do jakieś kobiety:
-Hello, my..my..name. is….
I tu wkraczam ja
-GAY?!
Och i jaki był mój zawód, gdy okazało się, że odpowiedź brzmi „Marcus”.
Ale to nie wszystko. Ja poszłam krok dalej i zparingowałam Marcusa i ojca July…wiem, jestem dziwna :P
   Jeszcze jedna rzecz: scena kiedy July i R uciekają przed tymi innymi brzydszymi zombie: Po co i gdzie oni biegną? Albo ja jestem tępa( ok, jestem :P), albo to trochę bez sensu.
   I wreszcie sceny końcowe:
Pewnie dla większości ludzi wielce wzruszająca:
-Tato, on krwawi!
Ta, a moja reakcja wyglądała mniej więcej tak:
-No zajebiście po prostu, ale zaraz przestanie, bo się WYkrwawi!
    I przesłodka scena, pokazująca, że wszystko jest very good. A wśród tego bawiące się w chowanego upiorne dzieci z lotniska O.o
   Jak podsumować ten film? Fajny, poprawiający humor. Ze świetnymi tekstami. Idealny seans na wieczór w towarzystwie.  Ale, proszę was bardzo, jeśli go oglądniecie: zwróćcie uwagę na Marcusa i Ojca July. No czy to nie jest wspaniałe? :D
I jeszcze raz błagam, trzymajcie kciuki w sobotę J

wtorek, 5 marca 2013

Apel! Appeal! Berufung !

Otóż ludzie,
jestem, powiem szczerze, nieco zdenerwowana i ma do wszystkich, którzy w jakiś tajemniczy sposób tutaj trafiają APEL.
 Ja, Gika, apeluję:
Osoba, która na ten "blog" wejdzie ,przeczyta, czy zrobi inne dziwne rzeczy, a nie skomentuje, jest asshole do kwadratu. Pierdoła jednym słowem :D Znajcie ból osoby, która widząc ileśtam wyświetleń, przy już znienawidzonym przeze mnie przypisie"ilość komentarzy oczekujących na moderacje" widzi ciągle i ciągle okrąglutką liczbę 0 . Miejcie litość :P
 Drugi apel:
istoty o dobrym sercu, trzymajcie kciuki w najbliższą sobotę gdzieś tak koło 9.00. Nie pisze po co, żeby nie zapeszyć, ale po weekendzie wszystko wypaplam. Nie wiecie jak mnie skręca od środka żeby nie wygadać się komukolwiek :'( No ale postanowienie, to postanowienie w końcu.

To tyle z apelu porządkowego :P  Jeśli kogoś interesuję to najbliższa recenzja to "wiecznie żywy " :D  potem
" In time" i "Czarny łabędź" (prze którego mam schizy :/ ).
No to bajo :D

Gika



poniedziałek, 25 lutego 2013

Excelsior!



Poradnik pozytywnego myślenia
   Och, no co ja mogę o tym filmie powiedzieć? Skoro przy recenzji „Bejbi Blues” wyszłam na zadufaną siksę, to teraz z kolei nie chcę przesłodzić, ale…chyba się zakochałam. Bo „Poradnik…” to naprawdę, naprawdę świetny film.
 „Pat Solitano (Cooper) nie jest zwykłym facetem i ma papiery, którymi może to udowodnić. Po ośmiu miesiącach terapii wraca do rodzinnego domu, by zacząć od nowa w ramach filozofii "pozytywnego myślenia". Jego konsekwentna strategia zmienia się, gdy poznaje intrygującą dziewczynę z sąsiedztwa, Tiffany (Lawrence). Wzajemna niechęć pary ekscentryków przeradza się w niespodziewaną więź, a wszystkie dotychczasowe plany mogą stać się jedynie nieważnymi wspomnieniami.”
   Och tak, Pat nie jest zwykłym facetem, można bez wahania użyć słowa  „nienormalnym, (choć powiedzcie mi proszę, kto tu jest normalny? :D ) ale moim marzeniem byłoby spotykanie ludzi nienormalnych w tak wspaniały sposób.
   Tiffany ekscentryczką? O tak. I to bardzo kochanie porąbaną. Czy to dziwne, że wszyscy porąbani ludzie wywołują u mnie uśmiech na twarzy. Cóż, ciągnie swój do swego :P
   W opisie filmu czytamy: komedio-dramat. Zawsze gdy widzę taki przypis, przypomina mi się film „Melinda & Melinda” Woody’ego Allena (którego jeszcze nigdy nie dokończyłam), który przedstawia historię grupy nowojorczyków w wersji komediowej i tragicznej. Może tylko ja jestem tak skrzywiona, ale mnie sceny wersji tragicznej śmieszą bardziej niż komediowej. Bo kiedy  w komedii  jest TLKO śmiech, ( Boże broń, nie jest tak u Allena) nawet jego salwy, to nie ma tak naprawdę aż takiej uciechy, niż kiedy śmieszy nas coś nieoczywistego (tak ja i moje złote myśli :P ) a w „Poradniku…”, cóż to dużo mówić: w końcu to opowieść o człowieku, który zmaga się z bardzo dużym problemem, a jednak ja dawno się tak szczerze nie uśmiałam. Co to sprawiło?
   Po pierwsze: scena z Hemingwayem: 
„-I jadą w góry, żeby być szczęśliwym, śmiać się, pić wino, tańczyć, lubią tańczyć, jest o tym mnóstwo nudnych opisów , ale niech im tam, bo są szczęśliwi…
-Pat jest czwarta w nocy. Przeproś nas.
-Nie ,nie przeproszę. Mogę przeprosić jedynie w imieniu Ernesta Hemingwaya.
-Niech Hemingway też zadzwoni z przeprosinami” .
 Jezuniu, kocham Pana ,Panie Pat Senior.
   Skoro już jesteśmy przy starszym Panu Solitano, to musze powiedzieć, że Robert De Niro, był w tym filmie po prostu przecudowny. Jego nerwica natręctw (numer z chusteczkami i pilotami), przesądy związane z Orłami, a nawet powitania Pata w stylu „Yyyy, co tu robi ten pan?”…och, żal, że Oscara brak.
   Jest jeszcze jedna scena z De Niro, po której schowałam się w rękawie swetra mojej starszej siostry i rżałam przez jakiś czas, a mianowicie”
„Rąbnę cię tą kamerą w łeb, a potem zrobię z tobą wywiad jak to jest być walniętym kamerą w łeb”. Wyraża więcej niż tysiąc słów.
   Następnie scena, która jak pisałam wcześniej mnie do oglądnięcia zachęciła, czyli kolacja:
-Brałeś to?
-Ooo tak, daję niezłego kopa.
I bezcenne miny, wszystkich „normalnych” ludzi przy stole, czyli gościa, który słucha Heavy metalu w garażu i laski, która mam port na Iphona w każdym pokoju. I moja jakże filozoficzna refleksja „Bo przecież wariatom wybaczyć można wszystko, ale czy oni są najbardziej nienormalni z tego całego towarzystwa?”
   Chyba nie trzeba wspominać o Bradley’u, który z tym swoim niewinnym wyrazem twarzy mówi: „Hej ładnie wyglądasz. Jak zginął twój mąż”, albo „Nie musimy o tym gadać…z iloma dokładnie”. Chyba nie trzeba, ale nawet jak o tym pisze to banan mi się wciska na twarz, więc nie odmówię sobie tej przyjemności :D
   Kolejna rzecz: sceny z Chrisem Tucker’em. Ten facet jest boski. Próba u Tiffany, kiedy Dan porywa ją do tańca a Pat patrzy na to z zazdrością przedszkolaka w oczach plasuje się wysoko w czołówce moich ulubionych scen.
   „I kto głupi zabiera TEGO syna na mecz z drużyną, której mottem jest Excelsior?!”  To cytat z momentu zatytułowanego przeze mnie „Gdyby orły”, czyli Tiffany tłumacząca Panu Slitano, że ma na Pata (i na mecze drużyny Filadelfii przy okazji) dobry wpływ. „Czytaj znaki”. No tak, bo motto „Exelsior” to hasło stanu Nowy York (tak przy okazji przedstawiam wam moje przyszłe miasto <3), z którego jest drużyna Cowboy, oznaczający tyle co „zawsze w górę”. Bardzo pozytywne, nieprawdaż? Tyle, że nie dla zagorzałych fanów footballu i Filadelfii… A później okazuję się, że to jeden wielki masterplan :O
   I powoli zbliżamy się do końca.
Turniej taneczny. Tiffany zalewająca się w wódcę (czy tylko ja uwielbiam jak amerykanie wymawiają „vodka” :P), wylewająca wszystkie żale i jakże romantyczna reakcja Pata: „Super. Dobrze dla ciebie. A teraz chodź”.
   Samego układu nie będę komentować, ach no bo co tu komentować. Nie wspomnę też o reakcji na to nieco przewidywalne „5.0”,  ale jest TA końcówka o której trzeba cos powiedzieć:
   Moment wyjęty prawie że żywcem z kiczowatych komedii romantycznych, ale gdyby wszystkie komedie romantyczne była takie to…no byłoby fajnie :D
   Bo Pat czytający list z pamięci to mistrzostwo, i to zniecierpliwione „ I. Love. You”. Nie to nie jest kiczowata komedia, zdecydowanie nie.
   I wspaniała, urocza i wywołująca uśmiech końcówka:
„Ale kupujemy restaurację za jego kasę wic jest ok”.
   Co mogę powiedzieć. Oglądajcie ludzie „Poradnik pozytywnego myślenia”. Bo warto. Dla Coopera w kosmitce, dla tańczącej Lawrence, dla De Niro z nerwicą natręctw… i dla pozytywnego myślenia właśnie. Excelsior!

I na sam koniec brawa i pokłony dla pani Jeniffer Lawrence, która zdobyła Oscara za pierwszą planową rolę kobiecą. Nikt nie przewraca się tak urokliwie jak ty :P




środa, 6 lutego 2013

Filmy na ferie



Ferie zbliżają się wielkimi krokami (nie powiem żebym się nie cieszyła :P), więc trzeba sporządzić listę filmów na ten jakże przyjemny okres. Coś w końcu trzeba robić poza jeżdżeniem na Snowboardzie <jupiii> , samotnie zresztą bo moja koleżanka Oda nie chce mnie odwiedzić  (pozdrawiam koteczku), i olewaniu nauki (co jest bardzo absorbującym zajęciem).
  No to bez większych wstępów zapraszam do komentowania mojej dziwnej listy, a jeśli ktoś chciałby coś do niej dodać będę bardzo wdzięczna :D
 Filmy na ferie:

Anna Karenina- to film obowiązkowy. Jude Law ( pewnie oglądając będę musiała się naaaprawdę mocno skupić na fabule :P ) i  Keira Knightley (którą darzę ogromną sympatią nie tylko ze względu na „Piratów z Karaibów” ale także min. po roli w „Księżnej”) są jednym powodem a drugim jest moja fascynacja wszystkimi księżami, królowymi, księżniczkami itd. Między innymi Maria Antoniną, Anastazją i właśnie Anną Kareniną. Myślę, że na feriach przeczytam również książkę.

Poradnik pozytywnego myślenia- na ten tytuł wpadłam przeglądając tegoroczne nominacje do Oscarów, później zaczął być on mocne reklamowany w telewizji. Och, co to dużo mówić: urzekły mnie trailery, w scenie kiedy Pat i Tiffany licytują się o ilość branych leków uśmiech nie schodził mi z twarzy, tytuł zachęcił, bo kocham pozytywne myślenie, a poza tym ,People, Bredley Cooper i Jeniffer Lawrence! Nie mogę się doczekać :D

Ted- a tak żeby się pośmiać

Życie Pi- To seans z tatusiem, o ile mnie zabierze L Ostatnio coraz zacieklej kłócimy się o kino, a po tym jak obraził Hugh Lauriego  mówiąc że to TYLKO Dr. House (którego kocham), a ja latałam za nim wciskając mu „Rozważną i romantyczną” oraz jego bluesową płytę „Let them talk”, zawarło się pomiędzy nami cos na kształt wyzwania kto będzie bardziej światły w dziedzinie filmu. Ale „Życie Pi” podobno film świetny, więc go obejrzę ,z tatą czy bez taty.

Frankenweenie- Nie wiem czy pisałam, ale uwielbiam wszystkie filmy Tima Burtona, więc tego nie przepuszczę.

Jestem Bogiem- fascynacji Bredley’em Cooper’em ciąg dalszy… :P

Glee Concert 3D-  Glee to moja miłość, i to wstyd że koncert oglądały moje koleżanki, które są dopiero w 3 sezonie, a ja która jest zawsze na bieżąco, nie. So… trzeba to nadrobić, może w czyimś towarzystwie :)

Czarny łabędź- Tu nie ma komentarza. Po prostu wstyd, że nie oglądałam do tej pory.

Jej wysokość Afrodyta- Och, Woody Allen <3, kocham jego humor i wszystkie jego filmy. A do tego w „Afrodycie” występuję Helena Bonham Carter, moja ukochana aktorka, zresztą żona Tima Burtona. (No niech ktoś powie, czy może być bardziej kochana para?)

Dziewczyna z tatuażem- Jak pisałam: I love Daniel Craig. Poza tym przymierzam się do przeczytania „Milenium”. To że film obejrzę pierwszy to dość nietypowy przypadek, bo zwykle się przed tym wzbraniam jeśli wiem, że to adaptacja.

Rozmowy z innymi kobietami- Tu ,przyznam, kieruję się aktorami, a raczej aktorkami. O Helenie Bohnam Carter już pisałam, ale tu jest jeszcze bonusik: Olivia Wilde- mój ideał piękna. A Aaron Eckhart również jest niczego sobie :D Życie od kuchni…no, kto oglądał ten wie co mam na myśli.

Przyjaciel do końca świata- Wprawdzie koniec świata już za nami, ale film może być naprawdę fajny.
Wyścig z czasem- tak trochę mniej ambitnie, ale ciekawość mnie zżera :D

Niemożliwe- Nie przepadam za filmami katastroficznymi, ale oglądała go moja koleżanka Oda ( tak, ta siksa od Snowboardu :*)i śle do mego mózgu opinie, że film ten muszę obejrzeć. Dobrze w takim razie... 

To chyba by było na tyle, chociaż założę się, że będzie ich więcej :D Jeśli ktoś chciałby coś polecić to byłoby mi bardzo miło. O i mam jeszcze jedno pytanko, jeśli ktoś czyta to czy chciałby zobaczyć recenzje „Perks of being a wallflower”?

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Jak życie? Wiesz, u Antka bywało lepiej...



Bejbi blues
Moja pierwsza recenzja :D Trema jest….
   Wracam prosto z kina. Obecnie jedyne co ciśnie mi się na usta to to niecenzuralne słowo na „k„ , ale obiecałam sobie że nie będę go za często używać więc powiem : motyla noga,  brzydka i złamana motyla noga.
   O czym jest „Bejbi blues”? Jest to sprawa nieco dla mnie kłopotliwa…no bo w końcu nie napiszę, że jest o niedojrzałym rodzicielstwie, bo wcale nie jest tylko o tym. Jest o naiwnej miłości nastolatków,   o melanżach, ciuchach, problemach…tylko czy na pewno? No ja wam tego nie powiem, a Filmweb pisze tak : „Katarzyna Rosłaniec, reżyserka kultowych i wielokrotnie nagrodzonych "Galerianek", przedstawia historię niedojrzałej 17-latki, która zostaje matką. Chciała mieć dziecko, bo fajnie jest mieć dziecko. Wszystkie młode gwiazdy jak Britney Spears czy Nicole Richie mają dzieci. Zachodzi w ciąże z Kubą Ale dlaczego tak naprawdę Natalia zdecydowała się na macierzyństwo w tak młodym wieku? Może odpowiedź kryje się w tym co piszą nastolatki na internetowych forach? Chcą mieć dziecko, żeby w końcu ktoś je naprawdę kochał, żeby same miały kogoś do kochania”. A jak ja oceniam film?
   Mam mieszane uczucia.
   Bo z jednej strony jest ten kolorowy i przyjemny dla oka styl, te wszystkie ciuchy, imprezy, fajna piosenka, no i oczywiście Ernest  (jak stwierdziła moja koleżanka, z którą obejrzałam film: jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o Ernesta),  a z drugiej…brrr no właśnie.
   Nowe twarze. Super. Serio, fajnie że dzieje się coś nowego, że młodzi wchodzą na duży ekran. Ale to, że nie można zrozumieć co na tym dużym ekranie mówią, mniej fajne. Dykcja. Coś takiego istnieje. Wiem, aktorzy wzięli się z kastingów, konkursów MTV i innych loterii, więc nie można wymagać profesjonalnej gry i nie wiadomo jakiej naturalności, ale wszystko ma jakieś standardy.
   Sceny Martynki, Natalii i w sumie wszystkich…hmm, jakby to powiedzieć, żeby nie wyjść na przemądrzałą siksę… pozostawiały wiele do życzenia i domysłu. Przede wszystkim dlatego, że trzeba było się domyślać co powiedziały. Żeby tak nie wjeżdżać  na Bułkę i Borus to dam przykład z jednym z panów.  Scena kiedy Natalia przychodzi do Seby (musiałam sprawdzić na Filmwebie bo ,zabijcie, ale nie zapamiętałam jego imienia) z podaniem o pracę i mówi mu ,że pracowała jako babysitter on jej coś odpowiada i śmieje się z „niezłego wkrętu”. Co powiedział? Totoż była dla mnie zagadka niewyjaśniona ,aż coś  w moim tępym móżdżku wpadło na to że mogło chodzić o matkowanie.W sensie : „Ale mnie wkręciłaś z tym matkowaniem…” . Ale pewności do teraz nie mam. 
   Ogólnie w tym filmie było kilka scen, których zupełnie nie ogarniam.
   Pierwsza rzecz: brudne stopy.  Serio, scena kiedy Natalia się przebiera i ta kiedy razem z Martyną wciągają, pozostawiły mnie z pewnym dziwnym pytaniem: dlaczego tam wszyscy mają brudne stopy. No normalnie jakby im się murzyn do podłogi przykleił.  Ale to tylko takie moje porąbane spostrzeżenia, do oceny filmu to się raczej nie przyczyniło.
    Druga sprawa, jak najbardziej pozytywna, to rola Danuty Stenki, którą uwielbiam, ubóstwiam i wielbię, i Jana Frycza- i to właśnie jego postaci nie ogarniam. Nie powiedział ani słowa, robił po prostu rozbrajające miny, a i tak przykuwał uwagę. Przynajmniej moją.
   Następnie: rola Kasi Figury. Nie chodzi mi o samą aktorkę ,tylko o postać. A w zasadzie  jej relacje z Natalią. Najpierw dziewczyna mówi do synka „ tej suce nie będziesz musiał mówić dzień dobry” a potem siedzi sobie u niej na herbatce. Że tak zacytuję moją polonistkę „ O co tutaj się rozchodzi?”
   Potem scena Kuby z matką Natalii. Dziwnie to zostało zaczęte, jeszcze dziwniej skończone, bo niby skąd Natalia się dowiedziała ,że oni ze sobą spali? Czy oni w ogóle ze sobą spali? I tu przytoczę mój komentarz  po wyprowadzce Kuby : „No wiesz wyprowadzam się do mamy. Tyle, że do twojej”.
   Piąta rzecz: Scena na zapleczu Blue Rabbit. Mamy „nieugrzecznioną” scenę erotyczną. No ale…seriously? Podsumowując: Dobry ogier? Mały ale wariat.
   No i rzecz, która po prostu rozwala. Pozytywnie rozwala. Jak już wcześniej wspominałam: Ernest. Marzenie dziewczyny: być kochaną tak jak kochana jest deska Ernesta. Scena  Kuby i Ernesta:
-A gdzie twoja deska, Kuba?  
 -Sprzedałem.
-Że co?
-Potrzebowałem hajsu…
-No okej, rozumiem. Ale żeby deskę sprzedać?
No bo w końcu jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o Ernesta <3
   I ostatnia scena. Ostatnia, ostatnia. No i teraz już nie wytrzymam. Nie gorszcie się ale : kurwa. Najpierw Kuba zyskuję w moich oczach. Dwa słowa: nienawidzę cię. A później nadchodzi ostatnia scena. Natalia żująca gumę w pełnym make-upie wchodzi na salę widzeń w więzieniu, a tam czeka Kuba.
   A przecież to mógł być po prostu trochę dziwny film o kapryśnych nastolatkach. Film wywołujący duże emocje, film z jakimś morałem. Ale nie.
Jak życie? No wiesz, u Antka bywało lepiej.
   Nie chcę zbytnio spoilerować, więc nie napisze dosadnie o co mi chodzi, ale powiem tyle: ostatnia scena zmieniła moje zdanie co do tego filmy. Na lepsze czy na gorsze? Sama nie wiem. Wzbudziła emocje. To chyba dobrze, tak? Ale to, że siedziałam w fotelu i czekałam na jakieś sensowne zakończenie, z dziwną miną, jakby ktoś próbował zjeść moją czekoladę, to chyba źle.
   Powiedziałam, że Kuba zyskał w moich oczach? To teraz stracił dwa razy tyle, znowu przez dwa słowa: „No okej”.
   I tą jakże filozoficzną myślą zakończę moją recenzję.
   Czy warto zobaczyć Bejbi blues? Myślę, że tak. Na pewno, dla mnie te dwie godziny nie były stracone. Choćby ze względu na Ernesta :D